Żegnamy Red. Marka Zaradniaka - Przyjaciela i Współpracownika WSUS

 

Z głębokim smutkiem i niedowierzaniem przyjęliśmy wiadomość o nagłej śmierci Redaktora Marka Zaradniaka – znanego poznańskiego dziennikarza, a dla nas jednego z pierwszych współpracowników Wyższej Szkoły Umiejętności Społecznych i oddanego Przyjaciela naszej Społeczności. 

W tym smutnym dniu wspomnimy Red. Zaradniaka słowami Jego Kolegów z “Głosu Wielkopolskiego”, z którym od lat był związany:

Brakuje słów, by opisać Marka. Jeszcze we wtorek rozmawialiśmy, planując na piątkowe wydanie „Głosu Wielkopolskiego” rozmowę z gwiazdą. Bo tych Marek znał najwięcej. Artyści polskiej estrady szanowali Marka za jego niesamowitą wiedzę muzyczną, rzetelność i przychylność. Z wieloma z nich się przyjaźnił. Gdy ponad 20 lat temu zaczynałam pracę w „Gazecie Poznańskiej” zaimponował mi znajomością z Czesławem Niemenem, którego muzykę bardzo lubię. Przyjaźnił się z Marylą Rodowicz i Kayah. Szanował twórczość poznańskich raperów. Cenił Jana A.P. Kaczmarka.
Marka znajomości nie miały jednak, jak to się często zdarza, charakteru pokoleniowego. Zmieniał się świat, zmieniała się scena muzyczna, a Marek nawiązywał znajomości z kolejnymi generacjami artystów. Bo także niezwykła otwartość umysłu była jedną z jego cech.
O rozległości jego zainteresowań świadczy choćby fakt, że wprowadzał naszych czytelników, a przy okazji nas – swoich kolegów – w historię i współczesność poznańskich Żydów. Poznańska Gmina Żydowska mogła go uważać za swego przyjaciela. Podobnie jak poznańscy Bambrzy.
Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, więc na co dzień zalety Marka zapewne bardziej doceniali ci, o których pisał niż środowisko dziennikarskie. Nam – jego kolegom – zwłaszcza tym którzy pracowali z nim od lat, jego zalety jakby się opatrzyły. Po prostu wiedzieliśmy, że nawet ci artyści, którzy na co dzień nie udzielają się w mediach lub rzadko znajdują czas dla dziennikarzy z nim porozmawiają zawsze. Zresztą on w przeciwieństwie do innych wiedział z wyprzedzeniem kiedy będą pracować nad nową płytą czy spektaklem, kiedy i dokąd wyjadą na wakacje, znał terminy tras koncertowych.
Jak wielu innych niezwykłych ludzi przez większość życia zmagał się też ze swoimi demonami. Walczył z nimi dzielnie i choć nieraz była to ciężka walka nie pozwolił im zawładnąć swoim życiem.
Ostatnio narzekał na kłopoty z ciśnieniem. Gdy w czwartek rozmawialiśmy o piątkowym koncercie Ani Dąbrowskiej i sobotniej inauguracji Akademii Gitary, na które się wybierał, poprosiłam, żeby dbał o siebie. Powiedział: nie martw się, u mnie wszystko w porządku…
Tak Marka wspomina Marcin Kostaszuk, zastępca dyrektora Wydziału Kultury UMP, a wcześniej wieloletni kolega zza biurka i szef działu kultury w Głosie Wielkopolskim:
Marek Zaradniak był naszym Stevem Buscemi – mistrzem epizodu. Wypełniał każdą lukę na stronie, zajmował na koncertach miejsce dla prasy, z którego nikt nie skorzystał, bywał na każdej konferencji, na którą innym nie chciało się wybrać. Był ostatnią nadzieją zarówno dla redaktorów, jak i artystów i organizatorów – nigdy nie odmawiał wzięcia na siebie dodatkowej pracy.
Nigdy też nie narzekał na jej ilość. Ładnych kilkanaście lat temu, jako smarkaty szef Marka, poprosiłem go, żeby w końcu wziął urlop, bo ma niewykorzystane jakieś obłędne 180 czy 190 dni. Po długich namowach zgodził się, wypisał kartkę, pożegnał. Na drugi dzień pierwszą osobą, którą spotkałem na Grunwaldzkiej 19 był oczywiście Marek. „Przecież miałeś być na urlopie?”. „No tak, oczywiście, to ja sobie dziś wyjdę o 14” – odrzekł urlopowany Marek.
Legendarna była jego książka telefoniczna, zrazu w notesie, potem w komórce. Miał numery do wszystkich świętych, niektórzy przysięgają, że gdy poproszono go o kontakt do pewnego pana Janowskiego, Marek pracowicie przeglądając kontakty mamrotał: „Jan Borysewicz, Jan Englert, Jan Paweł II, o jest Janowski”.

Najważniejsze było jednak, że gdy dzwonił do tych wszystkich świętych, można było być pewnym, że odbiorą i wywiad ukaże się w terminie, a wśród konwencjonalnych pytań zawsze znajdzie się jedno, które zaskoczy zarówno adresata, jak i czytelników. Jeszcze za czasów pracy w „Gazecie Poznańskiej” Marek wybrał się na konferencję artysty raggamuffin Shaggy’ego, który miał zagrać koncert w Arenie. Pod chmurę dreadów autora „Boombastic” pofrunęło od Marka śmiertelne poważne pytanie „Kim dla ciebie jest Bob Marley?”, po czym cała sala spadła pod stoły ze śmiechu. A potem Shaggy udał się na próbę dźwięku, podczas której spadła na niego konstrukcja sceny – newsa miał tylko Marek, bo reszta dziennikarzy szybko leciała gdzieś indziej, a jemu intuicja podpowiadała, by jeszcze chwilę zostać. Takich anegdot jest mnóstwo.

Nie mam wątpliwości, że w niebie Marek szybko okaże się niezastąpiony. Wszak ma numery do wszystkich świętych (z JPII na czele), no i gdy ktoś tu na dole naprawdę pięknie zaśpiewa na chwałę Pana, on to doceni i odnotuje.
Żegnaj Marku.

– tekst autorstwa red. Katarzyny Sklepik ukazał się na stronie internetowej “Głosu Wielkopolskiego” (https://gloswielkopolski.pl/nie-zyje-marek-zaradniak-dziennikarz-ktorego-znali-wszyscy/ar/c13-15130101, 16.08.2020)